Magazyn Esensja - Esensja "Łomocząc się z sobą i z innymi, trwam"

Magazyn ESENSJA nr 1 (IV)
luty 2001





poprzednia strona 
			powrót do indeksu następna strona

Esensja
  Łomocząc się z sobą i z innymi, trwam

        Maciej Parowski - redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Fantastyka", krytyk, pisarz (m.in. "Twarzą ku Ziemi"). Jedna z najbarwniejszych, ale i najczęściej krytykowanych postaci w polskiej fantastyce. W ciągu ostatniego roku głośny stał się jego konflikt z fandomem dotyczący nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz podziału fantastyki na "rozrywkową" i "problemową".

Maciej Parowski
Esensja: Jest pan redaktorem "Nowej Fantastyki". Był pan pisarzem (m.in. "Twarzą ku Ziemi", "Sposób na kobiety"). Później ukazał się w "Fantastyce" fragment prozy pod tytułem "Mildgor" i miało coś z niego powstać. Co się z tym wszystkim stało?

Maciej Parowski: Na początku lat osiemdziesiątych, po stanie wojennym, miałem pomysł na powieść. Ale nie byłem w stanie jej podołać: w sensie literackim, psychologicznym i politycznym.
Opracowałem dość dokładnie bohatera, który jest policjantem, ubekiem w podbitej przez Lunatyków Szwajcarii. Lunatycy to Ziemianie, którzy znaleźli się na Księżycu i dzięki popularności elektroniki i kosmonautyki przechwycili zasoby bankowe Szwajcarii. Ta zaś dołuje gospodarczo, panuje w niej rodzaj stanu wojennego. Porządku pilnują tacy faceci jak mój Mildgor.
Chciałem zająć się jego podświadomością i świadomością; niemożnością pogodzenia języka wewnętrznego z zewnętrznym W warstwie zewnętrznej on gonił rebeliantów, zaś w środku sprawiał wrażenie człowieka na niewłaściwym miejscu. Sam był po trosze rebeliantem żyjącym w niewłaściwym państwie. Miałem kilka fajnych pomysłów.
Ta powieść mi jednak nie szła, bo pomysł, że zostanie ona napisana i wydana w ówczesnym PRL był chybiony. Wtedy albo się schodziło do podziemia albo pisało powieści o czymś innym. Była to próba powtórzenia fantastyki socjologicznej w rzeczywistości, która z fantastyką socjologiczną już się pożegnała. Zostałem zablokowany jeszcze przez coś. Pisałem fragment o dwóch policjantach, których pobił jeden z opozycjonistów... I wtedy zabili Popiełuszkę.
Zupełnie zgłupiałem. Wiedziałem, że to się nie trzyma: pisanie o ówczesnej rzeczywistości z moją powieścią. To był inny świat.
Żeby było śmieszniej ja sobie tego tak od razu nie uświadomiłem. To się we mnie wywróciło. Bierzesz jakiś pomysł - wychodzi opowiadanie. Bierzesz inny - nie wychodzi. Odkłada się go, przekłada, a on... nie wychodzi. To był właśnie przypadek "Mildgora".
Nie byłem w stanie poradzić sobie ze sprzecznymi impulsami płynącymi z rzeczywistości i z pisarskiej, wymyślonej sytuacji. Dalej mi się ten pomysł chwilami podoba, ale...
Dowiedziałem się potem od niedoszłego wydawcy, że taka przygoda przydarzyła się jeszcze paru pisarzom. I to nie tylko fantastycznym. Nie byli w stanie rozwiązać zadania pod tytułem: "piszę powieść znaczącą dla mnie i dla Polski w osiemdziesiątym trzecim roku i próbuję ją wydać w tym kraju". Po prostu im nie wyszło.
Ale przyszli inni młodzi ludzie i zaczęło im wychodzić - chociaż nie od razu. W tamtych latach udawały się opowiadania Baranieckiemu, Oramusowi.

- Ale Baraniecki to jednak był trochę wcześniej.

- Nie, nie. Wszystko się zgadza: osiemdziesiąty drugi i osiemdziesiąty trzeci. Już wtedy pisałem Mildgora. To jest szczytowanie Baranieckiego i moje borykanie się z powieścią.
"Hieny Cmentarne" brały od innej strony te emocje. Były w stanie sobie z nimi poradzić. Ja z powieścią półrealistyczną, dziejącą się w Zurichu nie mogłem dać sobie rady.
I jeszcze jedno. Oczywiście jako młody człowiek wyobrażałem sobie siebie jako powieściopisarza, ale prawda jest taka, że najdłużej byłem dziennikarzem. I to dziennikarzem bardzo z siebie zadowolonym.
To co robiłem sprawiało mi przyjemność i dostarczało profitów... Nawet nie tyle czytelniczych (o nich to ja wiele nie wiedziałem). W redakcji mi mówili, że jestem dobry.
Kiedyś pod moją nieobecność ktoś powiedział, że robię w piśmie najlepsze felietony. A ja o tym nie miałem oczywiście pojęcia, bo męczyłem się z tymi felietonami. Chciałem żeby były dobre, ale nie wiedziałem, że takie są.
Tak właściwie powstała moja czwarta, może najważniejsza książka - "Czas fantastyki". Była ułożona właśnie z tamtych felietonów...

- Potwornie się zestarzała ta książka.

- Nie wszyscy są takiego zdania. Wiem że ludzie spoza fantastycznego środowiska czegoś się z niej dowiedzieli. Np. o tym, że traktujemy świat i rzeczywistość poważnie. Że traktujemy wyobraźnię poważnie, że widzimy swoje miejsce w szyku kultury i nie musimy się czuć źle - w kontekście wiedzy o Poem czy Orwellu.

- Tak, ale wtedy kultura była inna - wysoka. Teraz kultura podzieliła się bardzo wyraźnie na masową i wysoką, a fantastyka jest tak pośrodku.

- Kultura nie podzieliła się na wysoką i niską. Po prostu istnieją dobre i złe książki, dobre i złe filmy, sztuki teatralne, słuchowiska...

- Zgadzam się z takim podziałem, ale kultura wysoka i popularna różnią się tak zwanym "targetem", odbiorcą docelowym.

- Jedną z idei jaka mi przyświeca przy robieniu "Nowej Fantastyki" (dalej: NF - przyp. redakcji), jest próba pominięcia problemu "targetu".
Trzeba sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: do czego służy literatura i do czego służy kino. Jeśli ustalimy, że służą do zabijania czasu, że są towarem, który rozpoznaje "target", i który daje "targetowi" to, co on chce - to co ja robię nie ma sensu.
Jeśli jednak założymy, że literatura i kino są niezbędną każdemu społeczeństwu kulturową i emocjonalną "witaminą", którą wybrani, utalentowani twórcy wydzierają z siebie i rzucają na rynek. Jeśli literatura jest rozwiązaniem przez jednostkę problemów zbiorowości. A ta zbiorowość jeszcze nie wie o tym, że gdzieś z tyłu, na zapleczu, w fotelu pod lampą albo przy świecy siedzi Szekspir, który pisze coś, co jest opowieścią.

- Szekspir nie siedział z tyłu pod lampą, on był wśród ludzi, on tworzył to, co dzisiaj nazwiemy kulturą popularną. Pisał o tym, że się ludzie mordują i jego publiczność to rajcowało.

- Mówię o Szekspirze, bo zawsze wyciągam "Burzę" jako przykład sztuki stricte fantastycznej, i mówię o Szekspirze ponieważ jego osoba i jego dzieło dowodzą, że nie istnieje "target". Istnieje tylko wielka sztuka, która powala na kolana wszystkich! I życzę sobie żeby było to zapisane w tym wywiadzie.
Miałem taką przygodę. Na odwiedzinach u rodziny moja kuzynka, która studiuje lingwistykę i o fantastyce nie miała pojęcia wzięła do ręki NF. Otworzyła na opowiadaniu "Oni": tym, w którym jest taki mały nauczycielek w wielkim świecie wampirów. I moja kuzynka powiedziała "Nie wiedziałam, że zamieszczacie takie opowiadania. Że fantastyka jest także czymś takim... To opowiadanie jest o mnie. Ja jestem tą nauczycielką ze Skarżyska w za ciasnej sukience".
I co? Marnowanie NF to drukowanie opowiadań w stylu Poego, Barkera czy wczesnego Asimova, które piszą obdarzeni nadmiernymi ambicjami, dobrze sytuowani młodzi ludzie. Zamiast tego powinno być miejsce dla takich utalentowanych dukajów in statu nascendi, żerdzińskich in statu nascendi. Dla niepełnych, stających się.
NF istnieje po to żeby nadawała treści istotne, żeby drukować ludzi, którzy mają smykałkę...

- Pisarz siedzi pod lampa i wyczuwa fluidy, które krążą?

- Nie! On rozwiązuje własne problemy. To ważny element mojej filozofii. Jeśli ktoś uczciwie stawia własny wewnętrzny problem i go rozwiązuje to znaczy, że rozwiązuje też problemy co setnego, może co piętnastego Ziemianina.

- Bardzo optymistyczna prognoza.

- Nie wiem czy optymistyczna. Inne pisma wyznawały zasadę awangardy artystycznej, jeszcze inne zasadę pulpy, kolejne twierdziły, że trzeba przedrukować to co, Amerykanie pokazali najlepszego i mimo to padały. Ja łomocząc się z sobą i z innymi trwam.

Okładka czasopisma
- Przygotowując się do wywiadu przejrzałem kilka starych roczników "Fantastyki". I przez ostatnie pięć lat mam kilkanaście "Feniksów", gdzie są dobre amerykańskie opowiadania, które mnie ruszyły, które coś opowiadają, natomiast w NF były ze trzy takie teksty.
A Pan mówi, że jest fajne to, co opowiada na ważne problemy, a nie jest fajne to co piszą Amerykanie. Czy czyta Pan amerykańską fantastykę? To co się teraz ukazuje?


- Według mnie jednym z powodów, dla których padł np. "Asimov's magazine" był inny stosunek do fantastyki niż ja reprezentuję.
Nie było tam polskiej prozy, która zrobiła się w międzyczasie dla polskiego czytelnika ważna. Była za to proza anglosaska. Nie było jeszcze jednej rzeczy, która w naszym piśmie wydaje mi się bardzo ważna - publicystyki.

- Ale pod koniec pojawiła się publicystyka.

- Jakiego typu?

- Recenzje, eseje.

- Właśnie. A ja przez publicystykę rozumiem śledzenie również takich spraw, jakie śledzi Jęczmyk w swoich felietonach, takich jakie śledzi w swoich felietonach Hołyński. Przez publicystykę rozumiem kibicowanie ruchowi. Nawet spieranie się z nim...
Koncepcja fantastyki jako gatunku, w którym realizuje się pewne szablony, i w którym wszystko jest dokładnie nazwane, wydaje mi się koncepcją na krótką metę. Przyszłościowa jest natomiast koncepcja fantastyki jako literatury wyobraźni związanej z rzeczywistością, z historią literatury, sztuki i ze społecznymi dyskusjami. I jeszcze jedno - ja nie mówiłem źle o fantastyce anglosaskiej. Czytałem ją, ale nie w oryginale tylko w tłumaczeniach.

- Przy okazji, Pan zna angielski w ogóle?

- Nie znam. Ja czytając na przykład Wollheimy, antologie, które puszczała Dorota Malinowska, Nebule i inne rzeczy, napotykam na rzeczywistość w opowiadaniach i one mi bardziej smakują niż te, które się tą rzeczywistością nie posługują.
Czytam też komentarze tych, którzy te antologie układają i w tych komentarzach spotykam co pewien czas punkt widzenia na fantastykę prawie identyczny z moim. Tak, że nie czuję się autsajderem i samotnikiem.
Powiem więcej. Czyniono mi różne zarzuty programowe dotyczące mojego wyboru fantastyki, po czym oglądam antologie robione przez moich antagonistów i widzę, że grzechy, które mi zarzucano nie są grzechami, są cechami fantastyki, która nas - fantastów - zaskoczyła w latach 80 i 90. Ponieważ okazało się, że będzie troszkę inna niż ta, od której my zaczynaliśmy. To po prostu jest zmieniający się gatunek.
A jeżeli ty mówisz, że zapamiętałeś z "Fantastyki" z paru lat jeden - dwa teksty, a z "Feniksa" 15 - 20, mogę tylko odpowiedzieć, że śledzę uważnie plebiscyty jakie robi Wojtek Sedeńko i tam wynik jest odwrotny...
Więc mamy do czynienia albo z odmienną perspektywą albo z odmiennym gustem. Co rozumiem i co akceptuję.

- Krótkie pytanie: jak definiuje pan literaturę rozrywkową.

- Ja nie definiuję literatury rozrywkowej. To mnie ten problem podrzucono. To nie ja ogłosiłem manifest literatury rozrywkowej w 1985 na zjeździe fantastów w Warszawie.

- No dobrze. Ale im chodziło przede wszystkim o pisanie rzeczy dobrych warsztatowo.

- A komu chodzi o pisanie niepoprawne warsztatowo?

- Mogę pokazać w "Fantastyce" kilka rzeczy niepoprawnych warsztatowo.

- A w tomiku "Robimy rewolucję" nie pokażesz takich rzeczy?

- Tamte mogą być nudne, ale przynajmniej wiadomo o czym są.

- Widzisz, dotykamy problemu gustów i tak zwanych wewnętrznych patriotyzmów. Ty mówisz w imieniu jednej grupy, ja mówię w imieniu drugiej.

- Powiedział pan, że jak opowiadania rozrywkowe dostają Nagrodę Zajdla, to Zajdel się w grobie przewraca. Zajdel też pisał opowiadania rozrywkowe, ten cały cykl o kosmicznym podróżniku to jest przede wszystkim "jajo".

- Posłuchaj. Jesteśmy w szponach pewnego języka i w szponach pewnego sporu.
Nikt poza zboczeńcami i zawodowcami, którzy recenzują książki, nie czyta literatury, żeby zrobić sobie przykrość. To, co ktoś znajduje w literaturze to skomplikowana sprawa.
Jeden chce znaleźć kogoś takiego jak on sam, a inny chce znaleźć kogoś innego. Ktoś chce zrozumieć dokładniej siebie, ktoś inny kobietę, albo obcość. Czytamy literaturę, a literatura spełnia się również poza ideami, ja to wiem. Wiem, że są prawicowi pisarze, na których lewicowcy przeklinają, ale mówią "to jest dobra literatura" i odwrotnie. To jest ponad podziałami ideowymi.
W literaturze, którą ja nazywam literaturą bez przymiotników, jest jakaś szlachetność zamiaru, wykonania, szlachetność wobec wewnętrznych porywów, wobec tego, na co w taki umowny, metafizyczny sposób świat czeka.
Natomiast w tym, co ja nazywam literaturą rozrywkową jest efekt powtarzalności. Próba rozegrania jeszcze raz pewnych schematów, które się kiedyś sprawdziły. Próba opowiedzenia jeszcze raz tej samej historii, która przyniosła profit.
Skąd się wzięło pojęcie literatury rozrywkowej? Czy wyobrażasz sobie, że gromadzą się pisarze, którzy mają na koncie pięć, dziesięć książek; jeden jest noblistą, drugiemu trzy książki sfilmowano, a trzeci - powiedzmy - jest analizowany na uniwersytetach i mówią "musimy zacząć pisać literaturę rozrywkową". Taka scena jest nie do wyobrażenia. Kto wymyślił pojęcie "literatury rozrywkowej"? Chłopcy którzy strasznie chcieli pisać, a jedno co mieli to "naczytanie" pewnych konwencji. I chcieli zrobić jeszcze siedemset pięćdziesiąte ósme opowiadanie o zbuntowanym robocie i 1236 o obcym co się zamienia w coś innego.
To znaczy, że pojęcie literatury rozrywkowej zostało wprowadzone na rynek przez chłopców, którzy chcieli drukować. Pojęcie i sposób, w jaki to zostało wprowadzone jest mniej więcej opisane w moim tekście "Kwadrans z grafomanem".
Jest to jakby kamuflażowa ideologia pod tytułem "Musicie nas drukować, bo my chcemy! I towar musi być jasno określony!". Literatura nie jest umową, jaką chcący pisać człowiek zawiera ze społeczeństwem, że co ja napiszę to mi wydrukujecie. Literatura jest ryzykiem, że książka nie wyjdzie, że wyjdzie zupełnie coś innego niż zamierzył. To jest pewna gra o wielkość i gra o prawdę.

- O jaką prawdę?

Maciej Parowski
- O tego prawdę, który chce ją napisać. Tylko są prawdy prawdziwe i prawdy zakłamane. Trzeba wyrwać kawałek duszy, oszlifować go z pewną precyzją i położyć na ladzie. A oni, "nie, nie, żadnej duszy. My chcemy żeby było tak, tak tak, i już ma być do druku".

- Na litość boską, Robert Silverberg pisze tak samo, a Pan go publikuje.

- Tak samo?

- Na zimno. On sobie wymyśla historyjki, sprzedaje je i z tego żyje. Kiedyś powiedział, że pisze na zamówienie, że musi mieć zapłaconą zaliczkę, żeby napisać opowiadanie.

- Zrobiliśmy w 1990 sondę wśród pisarzy i Harrison albo Brunner, nie pamiętam już kto powiedział nam: "Na litość boską, nie pozwólcie spieprzyć wam fantastyki, to jest zbyt ważna rzecz, nie pozwólcie z niej zrobić taniej zabawy i grafomanii. Brońcie fantastyki i drukujcie tylko najlepszych. Nie pozwólcie tego zgnoić". Powiedział nam to. Wrzeszczał. Stary pisarz.
Być może sam miał na koncie jakieś rzeczy poronione. I wie, dlaczego się je robi i dlaczego chce się je wydrukować. Mówił "Nie zmarnujcie tego gatunku".
Moja filozofia jest taka: jeśli idziesz do kiosku i kupujesz "Fantastykę" to wiesz, że za tym stoi pewna, przynajmniej próba, duchowej wielkości. Pewna próba emocjonalnej uczciwości, pewien wymach w stronę artyzmu i sztuki.
Mówi to człowiek, który się poznał na Sapkowskim, na Dukaju, na Żerdzińskim, na Białołęckiej, Baranieckim. To po prostu z tej filozofii się wzięło.

- To jeśli już o tym mówimy - dlaczego odrzucił pan "Ruch Generała" Dukaja?

- Powiedziałem, że to jest za długie, że to się nie mieści, czy nie ma czegoś innego, lepszego. To było po jakichś dwóch zamieszczonych opowiadaniach Dukaja. Szukałem czegoś lepszego. To jest powieść eksperymentująca. To znaczy długa nowela. Odrzuciłem "Ruch Generała" dlatego, że nie odrzuciłem "Irrehaare", dlatego, że nie odrzuciłem "Szkoły". Uważałem je za bardziej dynamiczne, bardziej zwarte. Pismo nie jest antologią tekstów Dukaja. Wiesz ile to opowiadanie ma stron?
Druk opowiadania polskiego powyżej sześćdziesięciu stron w tym piśmie zdarza się od sześciu lat. Kiedy drukowałem "Irrehaare" musiałem walczyć o miejsce Dukaja wśród współpracowników, opublikowałem jakieś jego opowiadania, mam inne w planie...
Przychodzi "Ruch Generała", który według moich kategorii lepiej wypadnie w książce, niż w piśmie. Do pisma jest trochę za ciężki. Na pewno by się mówiło, że Dukaj nie jest taki dobry jak poprzednio.
Ja odrzuciłem "CyberJoly Drim". Odrzuciłem Brzezińską. Natomiast z Dukajem była inna rozmowa: czy nie ma czegoś innego, to jest za długie, czy nie można tego dopracować. Ja mam mało miejsca. W tygodniku drukowałbym wszystko i nikt by nie dał rady tego przeczytać.

- Ja chciałem poddać w wątpliwość to, że to nie jest najlepsze opowiadanie Dukaja. Z różnymi ludźmi stykam się w fandomie i od prawie wszystkich słyszę jeden głos: to jest jeden z najlepszych tekstów jakie napisał Jacek Dukaj.

- Boję się, że mieliśmy do czynienia z inną wersją tego opowiadania. Ja również długo dyskutowałem nad pierwszą wersją "Gniazda Światów" Huberatha, ale to było w 1991 i długo pracowałem nad "Drugą podobizną w alabastrze". Przekonałem Zyska, że to jest bardzo dobra książka, ale trzeba ją zredagować. Każdą stronę.

- Ja mówię o tej wersji dostępnej w sieci, która później ukazała się w "W kraju niewiernych".

- W którym roku?

- Półtora roku temu.

- To ja to miałem chyba z dwa lata temu.

- Jak się Pan czuje jako człowiek, który pod rząd odrzucił dwa opowiadania, które dostały Zajdla? Czy nie boi się Pan, że traci "węch literacki", wyczucie co kręci czytelnika, co mu się podoba?

- Ja myślę, że nie chodzi o to, co kręci czytelnika, tylko o to, co kręci wyborców na Polconie. Jestem pewien, że opowiadanie Brzezińskiej na Zajdla nie zasługuje. Opisałem w sposób, może bolesny, procedury, które doprowadziły do tego, że to opowiadanie Zajdla dostało. To jest demokracja, która polega na tym, że jeśli się zgromadzi w wyznaczonym czasie w wyznaczonym miejscu odpowiednią liczbę osób, to jest werdykt taki a nie inny. "Jak się Pan czuje? Jak się Pan czuje Panie Sokrates, Pan który został skazany na karę śmierci za bluźnierstwo przez kompetentnych greckich sędziów?"
Tak, się czuję, że przegrałem z demokracją. Mnie się opowiadanie Brzezińskiej nie podobało. Konsultowałem się w tej sprawie u ludzi, którzy znają się na rzeczy. Opowiadanie to miało wejść do numeru z powodów marketingowych, ja miałem w ręku opowiadania lepsze - chyba właśnie Ziemkiewicza i Dukaja - i uznałem, że to nie jest dobre. Dalej podtrzymuję tezę, że gdyby to opowiadanie się ukazało u mnie to by Zajdla nie dostało. Z Antoniną Liedtke jest inny problem, to jest opowiadanie, które zaspokaja mitologiczne i socjologiczne potrzeby bardzo licznego grona internautów. Ono dało wam wiadomość, mitologiczne spełnienie, jest opowiadaniem wyprodukowanym przez to wielkie ciało internautów. Taką zbiorową radością.
Ono miało wiele niedostatków warsztatowych, było rozlazłe warstwami: scenograficzno - sytuacyjna przeważała nad wizerunkami postaci i tą intrygą, która była od początku do końca przewidywalna. Jest to ciekawy ewenement socjologiczny, ale jest dla mnie oczywiste, że zarówno w 1999 i w 2000 Zajdla dostały opowiadania, które były promowane przez pewną grupę.

- Przez jaką?

- Przez internautów, przez młodych autorów.

- Chciałem zgryźliwie zauważyć, że internauci mają swoją nagrodę, którą przyznają komu im się podoba.

- I komu ją przyznali?

- Dostało ją CyberJoly Drim. Internautów interesuje ta nagroda, przyznaje się ją tekstom publikowanym w sieci. Natomiast Zajdel jest nagrodą tych, którzy są na Polconie. Polcon był w Warszawie, przyszło ponad 1000 ludzi, był to chyba największy Polcon.

- Przyszła większość Warszawiaków i warszawskie fanziny od stycznia rąbały w "Fantastykę".

- Ile tych warszawskich fanzinów jest?

- "Fantom", no "Fantom" rąbał.

- To jest jeden "Fantom".

- Ale w Warszawie też jest "Fenix". Ja rozmawiam z ludźmi i pytam się: skąd Brzezińska? No, wiadomo jak to się stało...

- Konkretnie co?

Maciej Parowski
- Co konkretnie?

- Rozmawia Pan z ludźmi i oni mówią "wiadomo jak było". Co było?

- To jest niedobre opowiadanie, grafomańskie, jednopoziomowe.

- Ale jest śmieszne. Nie ma śmiesznej fantastyki, nikt jej nie pisze, a ludzie jej potrzebują. A przez to szukanie wysokich treści, w "Fantastyce" się nie ukazują opowiadania humorystyczne, zabawne, których celem jest żeby czytelnikowi było przyjemnie przez 10 minut. Dlaczego?

- Mylisz się. Chyba.

- Mówi Pan to nie jest dobre opowiadanie, ale Zajdel jest nagrodą fandomu, ludzie głosują na opowiadania, które im się podobają.

- Być może fandom nie jest reprezentatywny dla polskiej fantastyki.

- A kto jest reprezentatywny?

- Statystyka jest prawdopodobna.

- Największe nakłady mają książki ze świata Gwiezdnych Wojen, czy to o czymś świadczy?

- Dobre pytanie. O czymś, co nie jest miłe ani dla mnie, ani dla ciebie, ani dla nas wszystkich.


Dokończenie za miesiąc.


W imieniu Esensji z Maciejem Parowskim rozmawiał Janusz A. Urbanowicz.

poprzednia strona 
			powrót do indeksu następna strona

65
powrót do początku
 
Magazyn ESENSJA : http://www.esensja.pl
{ redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.